|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Płakać bez grzechu
Tak więc pierwszy raz smutek mój nie był brany jako czyn zasługujący na karę, ale jako mimowolne cierpienie, które oficjalnie uznano; jako stan nerwowy, za który nie jestem odpowiedzialny; doznałem tej ulgi, że nie potrzebowałem już przydawać wyrzutów do goryczy swoich łez, mogłem płakać bez grzechu.Idąc odwieczną szutrową ścieżką między szosą a szpalerem rosochatych wierzb, ku krainie niespełniających się przepowiedni, łykam gwiazdy i światła reflektorów autobusu linii numer dziesięć. Ich ostre promienie drażnią moje czułe struny głosowe, oczy i nozdrza stają się delikatniejsze, bardziej wilgotne, chłonne. Spowija mnie zapach gruszek rozgniecionych na drodze, subtelny swąd ćmich skrzydeł spalonych podczas szaleńczych baletów pośród ciepła latarni, aromat przekwitających topól i kwitnącego bluszczu oraz wszystkie te przytulne dymy idące od niewinnych osiedlowych kominów. Ciche przedmieście. Nic się nie dzieje. Jest tak bezpiecznie. Paulina wyprowadziła się na drugi koniec lasu, nie mam z kim iść w tę ciepłą noc i źle się prowadzić, nie mam z kim błądzić po ulicach Argentyny i igrać z losem. Przeraża mnie pewność, toczy mnie lęk, że wszystko będzie dobrze, że będziemy żyli długo i szczęśliwie. sobota, 10 września 2011, zvorka
|